Powrót szwadronów śmierci

John Pilger

W głównych mediach Arabowie przedstawiani są jako ludzie pozbawieni rozsądku, obsesyjnie religijni i mocno podzieleni, których jedynym marzeniem jest wysadzenie się w powietrze.

W windach nowojorskiego hotelu Hilton znajdują się niewielkie monitory, na których bez przerwy pokazywany jest program CNN. Nie ma możliwości ucieczki od podawanych informacji, wśród których wojna w Iraku zajmuje centralne miejsce. Najczęstszymi określeniami używanymi w relacjach i komentarzach są “wojna domowa” i “przemoc religijna”, tak jakby amerykańska inwazja i okupacja, które kosztowały życie dziesiątek tysięcy ludzi, były jedynie surrealistyczną fikcją. Irakijczycy jawią się jako pozbawieni rozsądku Arabowie, obsesyjnie religijni i mocno podzieleni, których jedynym marzeniem jest wysadzenie się w powietrze. Zachwytów nad plastikowymi, odgrywającymi jedynie przypisane im role politykami irackimi nie zmąci informacja, że życie polityczne toczy się w środku niewielkiej amerykańskiej fortecy zbudowanej w centrum Bagdadu.

Przekaz ten wlecze się za tobą do pokoju, do hotelowej siłowni, na lotnisko, na kolejne lotnisko i do innego kraju. Na tym właśnie polega siła amerykańskiej korporacyjnej propagandy wojennej, która – jak zauważył Edward Said w swojej książce “Kultura i Imperializm” – “opanowuje przez elektronikę”, podobnie jak obowiązująca tu i teraz linia polityczna.

A ta ostatnia właśnie niedawno uległa zmianie. Przez prawie trzy lata wmawiano wszystkim, że centrum “powstania” stanowi Al-Kaida dowodzona przez żądnego krwi Jordańczyka Abu Musabę al-Zarqawiego. Medialne potępienie dla jego osoby można porównać z tym, którym cieszy się dzisiaj Saddam Hussein. Nie miało żadnego znaczenia, że – aż do niedawna – al-Zarqawi nie dawał znaku życia i że jedynie niewielka część ruchu oporu związana była z samą Al-Kaidą. Amerykanie uznali, że Zarqawi może w doskonały sposób odwrócić uwagę opinii publicznej od krytykowanej przez większość Irakijczyków brutalnej okupacji Iraku przez armię brytyjsko-amerykańską.

Obecnie al-Zarqawi został zastąpiony przez “wojnę domową” i “przemoc religijną”, a jedynymi wiadomościami z Iraku – poza toczącym się “procesem politycznym” – są ataki na szyickie i sunnickie meczety oraz targowiska. Tak naprawdę jednak historią, która nie trafia do serwisu informacyjnego CNN, jest wprowadzanie w Iraku metod zastosowanych w czasie wojny w Salwadorze. Oznacza to kampanię terroru prowadzoną przez szwadrony śmierci – uzbrojone i wyszkolone przez armię amerykańską – której ofiarami są tak szyici jak i sunnici. Celem tej kampanii jest doprowadzenie do wybuchu prawdziwej wojny domowej i rozbicia Iraku, a więc realizacja pierwotnych zamierzeń administracji Busha. Działaniami szwadronów śmierci kieruje irackie ministerstwo spraw wewnętrznych, kontrolowane przez CIA. Członkami szwadronów śmierci, nie są – jak się wszystkim wmawia – wyłącznie szyici. Jednym z najbardziej brutalnych jest komando do zadań specjalnych dowodzone przez sunnitów, głównie wysokich funkcjonariuszy partii Baas. Jednostka ta została utworzona i wyszkolona przez zatrudnionych w CIA ekspertów do spraw zwalczania terroryzmu. Są wśród nich weterani prowadzonych w latach osiemdziesiątych przez CIA operacji terrorystycznych w Salwadorze. W swojej najnowszej książce “Empire’s Workshop”, amerykański historyk Greg Grandin w następujący sposób opisuje wojnę domową w Salwadorze: “W czasie sprawowania urzędu prezydent Reagan był zwolennikiem twardego kursu wobec Ameryki Środkowej. Umożliwił prowadzenie polityki w tej sprawie najbardziej zagorzałym militarystom. W Salwadorze administracja Reagana przeznaczała około miliona dolarów dziennie na prowadzenie okrutnej i krwawej wojny z powstańcami. Ofiarą opłacanych przez administrację Reagana oddziałów padło ponad 300 tysięcy ludzi, setki tysięcy było brutalnie torturowanych, a miliony zostały zmuszone do opuszczenia kraju”.

Chociaż obecni Bushyści czy neokonserwatyści uczyli się sukcesach i porażkach administracji Reagana, mechanizmy i mordercze metody działań zostały wymyślone i wprowadzone w życie znacznie wcześniej. Już w Wietnamie utworzone, wyszkolone i dowodzone przez CIA szwadrony śmierci zamordowały około 50 tysięcy ludzi w ramach Operacji Phoenix. W połowie lat sześćdziesiątych, oficerowie CIA dostarczyli “listy śmierci” z nazwiskami ludzi przeznaczonych do likwidacji w ramach krwawego przejęcia władzy przez reżim Suharto. Po dokonanej w 2003 roku inwazji, wprowadzenie w życie tych brutalnych metod “uprawiania polityki” było tylko kwestią czasu.

Według informacji zawartych w artykułach autorstwa dziennikarza śledczego Maxa Fullera opublikowanych w “National Review Online”, człowiek CIA dowodzący szwadronami śmierci w irackim ministerstwie spraw wewnętrznych “zjadł swoje zęby w Wietnamie, po czym został przeniesiony do Salwadoru, gdzie nadzorował działania armii amerykańskiej”. Profesor Grandin wskazuje na innego weterana brudnej wojny w Ameryce Środkowej, którego zadaniem jest dzisiaj “szkolenie bezwzględnych oddziałów antyterrorystycznych złożonych głównie z siepaczy pracujących wcześniej dla partii Baas”. Jeszcze inny, pisze Fuller, jest dobrze znany z tego, że “tworzył listy śmierci”. Jednostką odpowiedzialną na zamachy bombowe jest dowodzona przez Amerykanów tajna policja o nazwie Facilities Protection Service. “Siły specjalne armii amerykańskiej i brytyjskiej”, podsumowuje Fuller, “w połączeniu z utworzonymi przez USA oddziałami wywiadu w irackim ministerstwie spraw wewnętrznych przygotowują i przeprowadzają wymierzone w szyitów zamachy bombowe, odpowiedzialnością za które obarczany jest ruch oporu”.

Reuters w swojej depeszy z 16 marca donosił o aresztowaniu amerykańskiego pracownika ochrony, u którego w samochodzie znaleziono broń i ładunki wybuchowe. W ubiegłym roku dwóch Brytyjczyków przebranych za Arabów zostało schwytanych w samochodzie pełnym broni i ładunków wybuchowych. Armia brytyjska musiała buldożerami zburzyć mur więzienia, by wydostać stamtąd swoich ludzi. “The Boston Globe” doniósł niedawno: “Dział FBI zajmujący się zwalczaniem terroryzmu wszczął zakrojone na szeroką skalę śledztwo po stwierdzeniu, że wiele z samochodów użytych do zamachów bombowych, których ofiarami byli tak Irakijczycy jak i żołnierze armii amerykańskiej, zostało skradzionych na terytorium Stanów Zjednoczonych”.

Wszystkie te metody wypróbowano już wcześniej. Przygotowanie amerykańskiej opinii publicznej na bezprawny atak na Iran do złudzenia przypomina fabrykowanie danych i propagandę związaną z posiadaną przez Irak bronią masowego rażenia. Jeżeli dojdzie do ataku, będzie on oparty na kłamstwie, nastąpi bez wcześniejszego ostrzeżenia i bez deklaracji wojennej. A ludzie uwięzieni w windach hotelu Hilton, wpatrzeni i wsłuchani w przekaz stacji CNN? Oni nic nie rozumieją, nikt im nie wytłumaczy, o co chodzi na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Łacińskiej czy gdziekolwiek indziej. Oni są odizolowani. Nic im się nie wyjaśnia. Kongres nie protestuje. Demokraci wspierają administrację. A jak niesie plotka, najbardziej wolne media na świecie każdego dnia obrażają inteligencję swoich słuchaczy i czytelników. Jak powiedział Woler: “Ci, którzy mogą sprawić byś uwierzył w rzeczy absurdalne, mogą też sprawić byś popełnił zbrodnię”.

——————————————————————————–

Oryginalny artykuł: Return Of The Death Squads – Iraq’s Hidden News, ZNet
Arty z sieci

Marka USA w tarapatach, uczmy się od Big Maca

Naomi Klein

Zamiast zmienić politykę zagraniczną prezydent Bush zmienia historię.

W ubiegły wtorek prezydent Bush wygłosił przemówienie na temat planu walki z terroryzmem na Bliskim Wschodzie za pomocą demokracji. Tego samego dnia McDonald’s rozpoczął wielką kampanię reklamową zachęcającą Amerykanów do zwalczania otyłości poprzez zdrowe jedzenie i ćwiczenia fizyczne. Jakiekolwiek podobieństwa pomiędzy kampanią McDonalda “Go Active! American Challenge” (Bądź aktywny! Wyzwanie dla Ameryki) a kampanią Busha “Bądź demokratyczny! Arabskie wyzwanie” są całkowicie przypadkowe.

Oczywiście jest w tym trochę ironii, że do wysiłku fizycznego zachęca cię firma, która spopularyzowała “drive-through”, pomagając klientom w tym, aby mogli konsumować opakowany zawał serca, nie musząc nawet wyjść z samochodu i przespacerować się do kasy. Jest też ironia w tym, że Bush wzywa ludzi na Bliskim Wschodzie, aby zdjęli “maskę strachu”, ponieważ “strach jest podstawą każdej dyktatury”, podczas gdy strach jest bezpośrednim rezultatem amerykańskiej decyzji by zainstalować i uzbroić reżimy, które od dziesięcioleci systematycznie terroryzują ludzi. Lecz ponieważ obydwie kampanie to próby poprawienia wizerunku, powyższe nędzne fakty nie mają większego znaczenia.

Administracja Busha od dawna była oczarowana pomysłem, że może rozwiązać złożone wyzwania polityczne po prostu pożyczając narzędzia komunikacji ze swego ukochanego świata korporacji. Irlandzka gwiazda rocka, Bono, zyskał ostatnio fanów w Białym Domu, gdy powiedział, że ubóstwo na świecie jest okazją dla polityków amerykańskich, aby nauczyli się lepiej stosować marketing. “Marka USA jest w tarapatach… to problem dla biznesu” – ostrzegł Bono podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Rozwiązaniem jest “ponownie przedstawić się światu, który nie jest pewny naszych wartości”.

Administracja Busha całym sercem zgadza się z tym, skoro widzimy szaleńcze zmiany w opisie sytuacji, które przetaczają się przez politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Musząc stawić czoła światu arabskiemu rozwścieczonemu amerykańską okupacją Iraku i ślepym wsparciem dla Izraela, administracja Busha doszła do wniosku, że rozwiązaniem nie jest zmiana brutalnej polityki lecz… “zmiana bajki”.

Ostatnia bajka marki USA rozpoczęła się 30 stycznia 2005 roku, w dniu wyborów w Iraku. Było chwytliwe hasło (“niebieska siła” – od koloru tuszu na palcach wyborców – przyp. tłum), obrazowy symbol (niebieskie palce) i oczywiście nowa historyjka o roli Ameryki na świecie – opowiedziana przez nieoficjalnego menedżera marki USA, którym jest felietonista “New York Timesa”, Thomas Friedman. “Opowieść o Iraku zmieniła się z opowieści o ‘powstańcach’ próbujących wyzwolić kraj od amerykańskich okupantów i ich irackich ‘popleczników’ w opowieść o przytłaczającej większości Irakijczyków próbującej budować demokrację, z pomocą Amerykanów i wbrew faszystom z partii Baas i zwolennikom dżihadu”.

Ta nowa historia jest tak zaraźliwa – mówią nam – że wywołała efekt domina podobny do upadku muru berlińskiego i upadku komunizmu. Chociaż w “wiośnie Arabów” jedynym murem na horyzoncie jest izraelski mur apartheidu (oddzielający Izrael od terytoriów okupowanych – przyp. tłum.). Jak w każdej kampanii mającej na celu wykreowanie marki, siła tkwi w powtarzaniu, a nie w szczegółach. Oczywista hipokryzja (okupanci przeciw okupacji!) wymaga, aby powtarzać tę historię jeszcze raz, coraz głośniej i wolniej. Jednak gdy Bush twierdzi, że “Iran i inne kraje mają przykład Iraku”, warto przyjrzeć się dokładniej temu przykładowi.

Stan wyjątkowy został właśnie przedłużony i trwa już piąty miesiąc, a organizacja Human Rights Watch donosi, że tortury są w więzieniach irackich “systematyczne”. Podwójny koszmar włoskiej dziennikarki Giuliany Sgreny (postrzelonej przez wojsko amerykańskie – przyp. tłum.) obrazuje pułapkę terroru, w której znajduje się przeciętny Irakijczyk: życie codzienne jest balansowaniem pomiędzy strachem przed porwaniem lub śmiercią ze strony innych Irakijczyków, a strachem przed byciem zastrzelonym na posterunku armii amerykańskiej.

Tymczasem przepychanki wokół tego, kto utworzy rząd Iraku, chociaż Zjednoczony Sojusz Iracki był oczywistym zwycięzcą głosowania, wskazują na to, że system wyborczy wymyślony przez Waszyngton nie jest taki demokratyczny. Były amerykański zarządca Iraku, Paul Bremer, był tak przerażony tym, że Irak będzie rządzony przez większość Irakijczyków, zapisał takie zasady wyborcze, które dają przychylnym amerykanom Kurdom 27 procent miejsc w zgromadzeniu narodowym, chociaż stanowią oni tylko 15 procent ludności.

Co gorsza, konstytucja napisana przez Amerykanów wymaga, aby wszystkie głowne decyzje były podejmowane przy większości dwóch trzecich lub w niektórych przypadkach nawet trzech czwartych głosów – rozwiązanie absurdalne lecz dające Kurdom możliwość zablokowania jakiejkolwiek decyzji o wyproszeniu zagranicznych wojsk, decyzji o odkręceniu zarządzeń gospodarczych podjętych przez Bremera, czy też zmiany konstytucji.

Kurdowie iraccy mają uzasadnione prawo do domagania się niepodległości, a zagrożenie, że będą celem ataków etnicznych, jest również realne. Lecz poprzez sojusz z Kurdami administracja Busha praktycznie przyznała sobie prawo weta w Iraku – i wygląda na to, że korzysta z niego, aby zabezpieczyć się na wypadek, gdyby Irakijczycy domagali się zakończenia okupacji.

Negocjacje na temat nowego rządu stanęły w miejscu z powodu żądania Kurów, aby przyznać im Kirkuk. Jeśli dostaną Kirkuk, rozległe pola naftowe znajdą się pod kontrolą kurdyjską. Oznacza to, że nawet jeśli zagraniczne wojska zostaną przepędzone z Iraku, iracki Kurdystan może zostać odłączony i Waszyngton wciąż będzie miał zależne państewko bogate w ropę – nawet jeśli mniejsze niż początkowo przewidywali architekci wojny w Iraku.

Wolonościowy triumfalizm Busha wyblakł trochę z powodu tego, że w dwa lata po inwazji siła polityczna islamu ogromnie wzrosła, a iracka tradycja laicka wyraźnie zanikła. Częściowo było to związane z decyzją, aby podczas inwazji połączyć idee świeckości z prawami kobiet. Gdy Bremer kiedykolwiek potrzebował dobrych wieści, mógł pokazać swoje zdjęcie w jakimś centrum dla kobiet, nieuchronnie wiążąc prawa kobiet ze znienawidzoną okupacją. (Centra dla kobiet są obecnie najczęściej zamknięte, a setki Irakijczyków, którzy współpracowali we władzach lokalnych z siłami koalicyjnymi, zostało zabitych). Lecz problem świeckości nie polega jedynie na złym skojarzeniu. Tkwi on również w tym, że prezentowana przez Busha definicja wyzwolenia pozbawia siły demokratyczne jej największego atutu.

Jedyną ideą, która mogła stawić czoła królom, tyranom i mułłom na Bliskim Wschodzie była obietnica sprawiedliwości ekonomicznej – przynoszona z ideami narodowymi lub socjalistycznymi takimi jak reforma rolna czy państwowa kontrola zasobów ropy. Lecz w bajce Busha nie ma miejsca na takie idee, bo to bajka o tym, jak wolni ludzie mają wolność jedynie do tego, aby wybrać tak zwany wolny handel. Sprawia to, że zwolennicy demokracji nie mają do zaoferowania wiele więcej niż tylko puste deklaracje o prawach człowieka – marny oręż przeciw hasłom o mieczu chwały narodowej i wiecznym zbawieniu.

Lecz nie powinniśmy być zdziwieni tym, że administracja Busha, wbrew własnym bajkom o wierze w wolność, wciąż kontynuuje aktywne sabotowanie demokracji w wielu krajach, o których mówi, że je wyzwoliła. Przecież dzięki bajkom i McDonald’s może wciąż spokojnie sprzedawać swoje hamburgery.

Oryginalny Artykuł: Brand USA is in trouble, so take a lesson from Big Mac – Naomi Klein, ZNet
Białystok

Prawdziwie prosty banan

George Monbiot

Najbardziej prosty banan? Dyrektywa Bolkensteina, która może doprowadzić do obniżenia standardów pracy w całej Unii Europejskiej.

Jest pewna grupa ludzi, którzy starają się jak najbardziej utrudnić życie zwolennikom Unii Europejskiej. Znajdują się oni nie w brytyjskiej Partii Niepodległościowej ani we francuskim Froncie Narodowym lecz w samej Komisji Europejskiej. Gdy staramy się przekonać naszych rodaków, że EU pomaga w podwyższeniu jakości życia, broni praw człowieka, chroni środowisko, hamuje wolnorynkowy fundamentalizm Stanów Zjednoczonych, oni zawsze znajdują coś, aby udowodnić, że nie mamy racji.

Nikt nie nabrał nas tak zgrabnie jak holender Frits Bolkestein. Do listopada był komisarzem UE ds. rynku wewnętrznego. W styczniu ubiegłego roku wyprodukował dyrektywę, która miała zharmonizować zasady w Unii, aby łatwiej prowadziło się biznes – od fryzjerstwa do zarządzania szpitalami. (1)

Dyrektywa dotycząca usług była promowana, jak zawsze bywa w takich sprawach, jako sposób na stworzenie “milionów” miejsc pracy. Jest możliwe, że mogłaby rzeczywiście pomóc europejskiej gospodarce, lecz najwyraźniej nakłada ona na państwa członkowskie obowiązek komercjalizacji usług publicznych, niszcząc ich możliwości obrony obywateli przez wyzyskiem korporacji. Dyrektywa ma być – lub miała być – zatwierdzona do końca tego roku.

Ten potworek zawiera w swym tekście kilka linijek na temat czegoś, co nazywa się “zasada kraju pochodzenia”. Firmy “podlegają uregulowaniom wyłącznie swojego kraju pochodzenia”. (2) Tłumacząc z grubsza, oznacza to, że firma mająca siedzibę w jednym kraju Europy i działająca w innym jest zobowiązana do przestrzegania tylko tych zasad, które panują w kraju, w którym ma główną siedzibę. Jeśli firma budowlana, która ma biuro np. na Litwie, ma kontrakt w Wielkiej Brytanii, to musi przestrzegać tylko prawa litewskiego, chociaż działa w Wielkiej Brytanii. Oczywistym skutkiem dyrektywy będzie to, że każda firma w UE przeniesie swoją główną siedzibę do miejsca, gdzie prawo jest najsłabsze.

A wtedy będą się działy rzeczy całkiem dziwaczne. Państwem odpowiedzialnym za strzeżenie zasad – np. bezpieczeństwa pracy – będzie to, w którym firma ma siedzibę, a nie to, w którym faktycznie działa (3). Na przykład, gdy litewska firma budowlana zmusi pracowników w Wielkiej Brytanii do budowania kiepskich rusztowań, brytyjskie władze nie będą mogły nic z tym zrobić. Zamiast tego, litewska instytucja odpowiedzialna za takie sprawy będzie musiała przysłać swoich inspektorów do Wielkiej Brytanii i – nie mając rozeznania w tutejszej sytuacji, natrafiając na kłopoty językowe – będzie miała się starać, aby chronić życie i zdrowie brytyjskich pracowników.

Wiedząc jak działa wolny rynek, można przypuszczać, że kontrolowanym przedsiębiorstwem będzie brytyjska firma, która po prostu schroniła się pod litewską flagą dla własnej wygody. Lecz gdy firma zagraża bezpieczeństwu na budowie w Brixton, będziesz mógł prosić o ochronę składając protest wyłącznie do władz w Wilnie.

Innymi słowy, jest to sposób, aby całkowicie zniszczyć skuteczne egzekwowanie prawa ograniczającego korporacje. Dyrektywa ta może – w imię “znoszenia barier” – stworzyć takie bariery dla każdego, kto chce bronić swoich praw, że skuteczna skarga publiczna będzie całkiem niemożliwa. I oczywiście o to chodzi.

Trzeba przeczytać cały tekst dyrektywy by zrozumieć, jakie będą jej skutki. Na przykład w preambule mówi się o “derogacja” (czyli wyjątek) od zasady kraju pochodzenia jest możliwa w sprawach “dotyczących bezpieczeństwa usług”. (4) Lecz gdy dochodzimy do artykułu 19, odkrywamy, że państwo członkowskie może zażądać derogacji z powodu bezpieczeństwa “wyłącznie w wyjątkowych okolicznościach”. Nie chciałbym być prawnikiem w związku zawodowym, który stara sie skorzystać z tej możliwości.

Już na pierwszy rzut oka zasada państwa pochodzenia wygląda cudacznie. Celem reformy rynku wewnętrznego było niewątpliwie wprowadzenie jednego zbioru standardów w całej Unii Europejskiej. Natomiast ta zasada mogłaby w teorii doprowadzić do powstania 25 zbiorów standardów w jednym kraju. Jednak gdy czytasz materiały wyprodukowane przez lobbystów korporacyjnych w Brukseli, zdajesz sobie sprawę z tego, że dyrektywa te rzeczywiście ujednolici standardy – na najniższym poziomie, jaki będzie gdziekolwiek w Unii Europejskiej. (5) Gdy korporacje już przeniosą swoje nominalne adresy siedzib do krajów ze słabym prawem (tak jak właściciele statków rejestrują się w Panamie lub Liberii), kraje z bardziej wymagającym prawem zdadzą sobie sprawę z tego, że by utrzymać się na rynku, muszą obniżyć swoje standardy aż do zrównania z najniższymi.

Bolkestein idealnie wyczuł chwilę. Wyprzedził wynik czterech innych propozycji europejskich, które zdefiniowałyby i chroniły najważniejsze usługi publiczne, tworząc jeden zbiór standardów (na dość wysokim poziomie) dla pracowników i robotników-migrantów. (6). Innymi słowy, Bolkenstein rozpoczął swego rodzaju zamach na Europę socjalną.

Dyrektywa wywołała ogromną awanturę w prawie każdym kraju członkowskim Unii, ale nie w stolicy eurofobii. Tutaj, w Wielkiej Brytanii, chociaż zabawiamy się panikowaniem na temat zakazu bicia w dzwony kościołów czy na temat krzywizny banana, pozostajemy ignorantami w sprawie prawdziwego zagrożenia dla naszej suwerenności. Taki właśnie jest kłopot z eurosceptykami: nigdy ich nie ma, gdy są potrzebni.

Lecz w ubiegłym tygodniu, bez żadnej pomocy ze strony naszych obrońców niepodległości, cała sprawa załamała się w Brukseli. Charlie McCreevy, nowy komisarz ds. rynku wewnętrznego, przyznał, że obecna dyrektywa dotycząca usług “nie zadziała” i powiedział o Bolkensteinie, że “inny komisarz mógłby podejść (do tej sprawy) całkiem inaczej” (7) – co było najbardziej niegrzeczną krytyką jednego eurokraty przez drugiego.

Oczywiście sprawa jeszcze nie została zamknięta. Korporacje i ci, którzy je popierają, są zaniepokojeni. Gazeta “Financial Times”, która konsekwentnie przemilczała lub mylnie interpretowała zastrzeżenia przeciwników dyrektywy, zagrzmiała, że McCreevy “tchórzliwie wycofał się, zanim nawet bitwa się formalnie rozpoczęła” (8) Malcolm Harbour, brytyjski konserwatywny członek parlamentu europejskiego, oskarżył komisję o rozbijanie demokracji. (9) (To śmieszne, że troska konserwatystów o niepodległość ulatnia się, gdy chodzi o politykę sprzyjającą wielkiemu biznesowi). Peter Mandelson, nasz dar dla reszty Unii, zaapelował do Komisji o to, “by się nie poddawała w obliczu nieuzasadnionych nacisków” (10), przez co rozumie po prostu ludność Europy.

Dyrektywy takie jak dyrektywa Bolkensteina wystawiają na wielką próbę entuzjazm dla Europy wśród każdego, kogo interesuje sprawiedliwość społeczna. Dla tych z nas, którzy dostrzegają, że absolutna suwerenność jest niemożliwa w obliczu globalizacji, i że naszym dylematem nie jest przystosowanie się lub izolacja lecz to, czy przystosujemy się do Europy czy do Stanów Zjednoczonych, propozycja Bolkensteina wskazuje, że właściwie możemy się poddać, bo wybór nie jest prawdziwy. Ludzie tacy jak on, Mandelson i Jose Manuel Barroso robią o wiele lepszą robotę w sabotowaniu projektu Europa niż każda ilość Kilroyów i Le Penów (zaciętych przeciwników Unii Europejskiej z Wielkiej Brytanii i Francji – przyp. tłum.)

Propozycje podobne do dyrektywy Bolkensteina niewątpliwie wypłyną ponownie. A wtedy ludzie z naszych wysp pogrążonych w ciemności będą winni reszcie Unii Europejskiej więcej czujności i solidarności. A na razie, chociaż w nim nie uczestniczyliśmy, możemy świętować rzadkie zwycięstwo starych wartości.

www.monbiot.com

Przypisy:
1. Commission of the European Communities, 2004. Directive of the European Parliament and of the Council on Services in the Internal Market. COM(2004) 2 final/3
2. Article 16 (1).
3. Article 16 (2) and Article 35 (4).
4. Paragraph 40.
5. See for eg EuroCommerce, November 2004. Proposal for a Directive on Services in the Internal Market. Position Paper. EuroCommerce, Bussels.
6. The British Medical Association lists the EU White Paper on Services of General Interest; the Qualifications Directive; the Temporary Agency Workers Directive and the EC’s Review of the Posting of Workers Directive. BMA Framework Response to the DTI Consultation on the EU Directive on Services in the Internal Market, 2004. BMA, London.
7. Tobias Buck, 4th March 2005. Row Erupts in over Plans to Throw Open EU Market for Services. The Financial Times.
8. Leader, 4th March 2005. Disservice to the EU. The Financial Times. 9. Malcolm Harbour, 3rd March 2005. Commission told to Promote Services Directive. Press release.
10. Raphael Minder, 15 February 2005. Mandelson urges fund to protect poorer EU regions. The Financial Times.

Oryginalny artykuł: George Monbiot, The Real Straight Banana, ZNet
Przepisy

Mało wiadomości o paroanoi w wyższych sferach

Norman Solomon

Zdaniem autora, najlepszym podsumowaniem polityki zagranicznej Busha jest słowo paranoja. Dlaczego?

Dziennikarze często określają politykę zagraniczną administracji Busha jako “unilateralną” lub “wyprzedzającą”. Liberalni mędrcy lubią narzekać, że polityka pod hasłem “idziemy sami” skazała Stany Zjednoczone na izolację ze strony dotychczasowych przyjaciół. Jednakże w standardowym sposobie dobierania słów przez media amerykańskie brakuje wyrazu, który byłby najbardziej trafnym określeniem poglądów Busha na świat:

paranoja.

Wczesne symptomy, krótko po 11 września, spotkały się z olbrzymim aplauzem. Sceptycyzm dziennikarzy i sprzeciw ekspertów były rzadkie, gdy prezydent Bush szybko ogłosił, że rządy innych krajów są albo po stronie USA, albo “z terrorystami”. Od tamtego czasu zasięg paranoi w poglądach administracji poszerzył się, podczas gdy akceptacja ze strony mediów uczyniła ją normalną – do tego stopnia, że nowy znakomity dokument Pentagonu nie budzi zdziwienia.

Dokument opublikowany 18 marca 2005 r. pod stanowczym tytułem “Strategia obrony narodowej Stanów Zjednoczonych Ameryki” pokazuje, jak administracja Busha widzi świat. Zwróćmy uwagę na takie kluczowe stwierdzenie: “Naszej sile jako kraju narodowego będzie wciąż rzucane wyzwanie przez tych, którzy stosują strategię słabych, używając forów międzynarodowych, procedur sądowych i terroryzmu”.

Wysoki rangą urzędnik Pentagonu, Douglas Feith, wyjaśnił to dziennikarzom: “Istnieją różni aktorzy na świecie, którzy chcą albo zaatakować, albo wywrzeć presję na Stany Zjednoczone i zamierzają znaleźć sposoby, aby to robić, chociaż nie są to oczywiste ataki militarne”. A potem dodał: “Musimy myśleć szeroko o frontach dyplomatycznych, frontach prawnych, frontach technologicznych, o wszystkich metodach walki, które różni aktorzy mogą wykorzystać aby wpłynąć, kształtować nasze zachowanie”.

Tłumaczenie: Oni chcą nas dopaść! A “oni” to cała gama osób, grup i państw nastawionych na to, by nam szkodzić i przeszkadzać w czynieniu dobra i bronieniu się (dokument Pentagonu mówi: “Nasza czołowa pozycja na świecie będzie wciąż rodziła niepokój, oburzenie i opór”). Niektórzy chcą zamordować tysiące lub miliony amerykańskich cywilów, inni chcą, by Stany Zjednoczone przestrzegały praw człowieka i podporządkowały się konwencjom genewskim, a jeszcze inni źle głosują w ONZ.

To są wszystko przejawy tego samego podstawowego problemu: źli ludzie chcą nas dopaść. Niezależnie od tego, czy chodzi o zniszczenie World Trade Center czy o wytoczenie sprawy przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym, źli ludzie i ich wspólnicy czynią złowrogie wysiłki. W słowach nowego dokumentu Pentagonu wszyscy oni “stosują strategię słabego” przeciwko nam, Stanom Zjednoczonym, uosobieniu siły.

Mogłoby się wydawać, że takie stwierdzenia ze strony rządu amerykańskiego – wyglądające na zasadnicze stanowiska w sprawie “strategii obronnej” – powinny wywołać zamieszanie, jeśli nie wrzawę. Lecz pozostały one mało ważną wiadomością, pominiętą przez prawie wszystkie wielkie media po doniesieniu agencji Associated Press z 29 marca opatrzonym prowokacyjną zajawką: “Siła Ameryki zostaje wystawiona na próbę przez ’strategię słabych’ – czytamy w dokumencie Pentagonu wymieniającym w tym samym zdaniu wyzwania dyplomatyczne i prawne oraz terroryzm”.

Jednym z nielicznych mediów amerykańskich, które doniosły o deklaracji Pentagonu na temat “strategii słabych”, była gazeta “Los Angeles Times”, która zaledwie wspomniała o tym pod koniec artykułu na dalszej stronie. Dla kontrastu, medium niekorporacyjne, Inter Press Service, jak zwykle doskonale wyjaśnił ostatnią zmianę w doktrynie zagranicznej Waszyngtonu.

Mówiąc ogólnie, administracja Busha zmieniła rząd amerykański w największego na świecie paranoika, wrzucając do jednego worka każdego, kto się mu sprzeciwia.

Jak wielu, którzy ulegli paranoi, obecny rząd amerykański chętnie wzywa Boga, przysięgając wieczną zemstę wszystkim diabelskim wrogom i każdemu z nich z osobna. Ci wrogowie z piekła rodem działają ukradkiem. Mogą działać pod płaszczykiem prawa, bredząc o prawach człowieka i produkując preteksty, aby nas powstrzymać – bo my jesteśmy po tej samej stronie co anioły. Lecz oni chcą nas dopaść. Nienawidzą nas za naszą dobroć i czystość, nie mogą znieść światła, które niesiemy światu. Doprawdy, amerykańskie plany geopolityczne są esencją cnoty, a wszyscy, którzy chcą je udaremnić, muszą zetknąć się z naszym gniewem…

Stany Zjednoczone oczywiście przyciągają coraz więcej “wrogów”, prawdziwych i wymyślonych. Paranoicy, w tym również ci, którzy mają wiele krwi na rękach, często gwałtownie i cnotliwie zaprzeczają, że zasłużyli na jakąkolwiek wrogość. Przeciwnie, zasługują tylko na wdzięczność i lojalność.

Wciąż czekamy na chwilę – jeśli wogóle taka nastąpi – gdy amerykańscy dziennikarze z głównego nurtu przebudzą się i otwarcie ocenią paranoiczne aspekty polityki zagranicznej administracji Busha. Jeśli nowa strategia obrony narodowej nie jest wystarczającym dzwonkiem alarmowym, to co nim będzie?

Oryginalny artykuł: Little Reporting on Paranoia in High Places, Norman Solomon, ZNet
Catering

Chavez przeciera ścieżki

Richard Gott

Przywódca Wenezueli, który na rzecz ubogich wykorzystuje bogactwo pochodzące z ropy naftowej, może być przykładem dla całej Ameryki Łacińskiej

Z autostrady prowadzącej na lotnisko pewna zabłocona dróżka prowadzi do jednej z małych zubożałych wiosek, które rozpościerają się na wzgórzach nad Caracas i nieustannie przypominają o ogromnej przepaści pomiędzy bogatymi a biednymi w Wenezueli, kraju bogatym w ropę. Zaledwie 20 minut od serca stolicy mała społeczność licząca 500 rodzin mieszka w prowizorycznych mieszkaniach z dachami z blachy i siermiężnymi ścianami, które ledwie chronią od wiatru. W mieszkaniach jest woda, elektryczność i telewizja, lecz niewiele więcej. Stare budynki szkolne popadły w ruinę, więc już od dwóch lat dzieci nie chodzą na lekcje.

Dwóch lekarzy kubańskich pracuje w polowej izbie przyjęć zorganizowanej przy głównej drodze. Zwracają uwagę, że trudno zapobiegać chorobom w okolicy, gdzie stare gliniane rury kanalizacyjne są dziurawe i nie używane, a ścieki spływają wzgórzami. Starsi mieszkańcy są tu od lat; przybyli z prowincji w latach sześćdziesiątych XX wieku. Wielu z nich jest smutnych i zdesperowanych; nie potrafią wyobrazić sobie, że ich życie kiedykolwiek mogłoby się zmienić.

Inni mają więcej motywacji i energii, wstąpili w szeregi rewolucji boliwariańskiej, której przewodzi prezydent Hugo Chávez. Oczekują od rządu wielkich rzeczy i żądają by uwaga była skupiona na ich wiosce. Jeśli petycja do burmistrza w sprawie renowacji szkoły i dziurawych rur nie doczeka się rychłej odpowiedzi, zejdą ze wzgórza i zablokują autostradę – tak jak już raz zrobili, gdy w kwietniu 2002 r. w Wenezueli miała miejsce próba przewrotu (tj. próba obalenia prezydenta Chaveza – przyp. tłum.).

Caracas otaczają setki podobnych miasteczek składających się z ruder. W niektórych miejscach lekarze przywiezieni z Kuby pracują w nowo wybudowanych budynkach i leczą oczy, są dentystami lub pracują w innych specjalizacjach medycznych. Prawie 20 tysięcy lekarzy jest rozsypanych po tym kraju liczącym 25 milionów mieszkańców. Sklepy wyrastają w miejscach, gdzie dostępna jest subsydiowana żywność – pochodząca często z domowej produkcji. Nowe sale lekcyjne buduje się tam, gdzie słabi uczniowie zaganiani są z powrotem do nauki. Dobrze jest rozpocząć od trudności, które ma wioska położona koło autostrady, bo jej sytuacja dobrze ilustruje, jak daleka jest jeszcze droga. Niech nędza przejdzie do historii (“Make poverty history” – nazwa kampanii brytyjskich organizacji na rzecz najuboższych w krajach rozwijających się, www.makepovertyhistory.org – przyp. tłum.) – to hasło w Wenezueli oznacza więcej niż tylko dostarczenie pieniędzy. To jest proces podobny do rewolucji – polega na niszczeniu starodawnych instytucji, które stają na drodze postępu, i tworzeniu nowych, odpowiadających na potrzeby ludności.

W ostatnich latach coś zdumiewającego się dzieje w Ameryce Łacińskiej, coś, co zasługuje na o wiele więcej uwagi, niż zazwyczaj poświęca się temu kontynentowi. Larwa rewolucji prowadzonej przez Chaveza, często atakowana i określana jako chaotyczna wizja autorytarnego przywódcy, w końcu przepoczwarzyła się w olśniewającego motyla, którego obraz i przykład będą przywoływane przez dziesięciolecia.

Większość doniesień dotyczących tej rewolucji w ciągu ostatnich sześciu lat, zarówno w kraju jak i za granicą, jest wyjątkowo wrogich, pod silnym wpływem polityków i dziennikarzy związanych z opozycją. To tak jak gdyby wiadomości o rewolucji francuskiej lub rosyjskiej były dostarczane wyłącznie przez zwolenników króla czy cara. Krytyce tej wtórują wysocy urzędnicy ze Stanów Zjednoczonych, od prezydenta w dół, tworząc negatywne ramy, w jakich w sposób nieunikniony rewolucja ta jest przedstawiana. W najlepszym razie Chavez jest opisywany jako polityk anachroniczny lub populista. W najgorszym – jako wschodzący dyktator wojskowy.

Jednak koło historii toczy się dalej, a atmosfera w Wenezueli zmieniła się znacznie od ubiegłego roku, gdy Chavez po raz kolejny odniósł przytłaczające zwycięstwo w wyborach. Uprzednio triumfalistyczna opozycja teraz wycofała się do swojego obozu, raniona prawdopodobnie śmiertelnie przez wynik referendum na temat prezydentury Chaveza, które opozycja zwołała i z kretesem przegrała. Zjadliwie wrogie media uspokoiły się, a ci którzy nie lubią Chaveza, porzucili nadzieję na natychmiastowe obalenie go. Nikt nie ma wątpliwości, że to on wygra przyszłoroczne wybory prezydenckie.

Rząd Chaveza poszedł naprzód, przeprowadzając różne spektakularne projekty społeczne, do czego przyczynił się ogromny skok cen ropy z 10 do 50 dolarów z baryłkę w ostatnich sześciu latach. Zamiast nabijać portfele bogatych, zyski z ropy zostały skierowane do podupadłych miasteczek i finansują służbę zdrowia, edukację i tanią żywność.

Zagraniczni przywódcy z Hiszpanii i Brazylii, Chile i Kuby przybywali z pielgrzymkami do Caracas, aby nawiązać kontakty z człowiekiem, który jest teraz uznawany za lidera wschodzących nowych sił w Ameryce Łacińskiej. Znaczne poparcie zewnętrzne uniemożliwiło rządowi amerykańskiemu zmobilizowanie innych państw latynoamerykańskich przeciw Wenezueli. One się teraz nie słuchają, więc Waszyngton został bez skutecznej polityki.

Sam Chávez, majacy 51 lat, lecz trzymający się młodzieżowo były pułkownik, jest uznawany obecnie w Ameryce Łacińskiej za najbardziej niezwykłą i oryginalną osobowość polityczną od czasów, gdy 50 lat temu na scenę wdarł się Fidel Castro. Czarujący i charyzmatyczny Chavez ma nieskończony potencjał kontaktu z biednymi i zmarginalizowanymi na kontynencie. Intelektualista-samouk, a ideologia jego rewolucji boliwariańskiej jest oparta na pismach i czynach kilku figur z XIX wieku, głównie Simona Bolivara, człowieka, który przyniósł wolność większości Ameryki Południowej od rządów Hiszpanii. Chavez oferuje alternatywę kulturalną i polityczną do modelu opierającego się na inspiracji pochodzącej ze Stanów Zjednoczonych, który dominuje w Ameryce Łacińskiej.

A zatem z czego składa się rewulucja boliwariańska Chaveza? Jest przyjazny dla Castro – rzeczywiście, są bliskimi sojusznikami – lecz nie jest on socjalistą w starym stylu. Kapitalizm żyje i ma się dobrze w Wenezueli. Nie ma nielegalnych przejęć ziemi, nie ma nacjonalizacji firm prywatnych. Chavez stara się okiełznać ekscesy tego, co nazywa “dzikim neoliberalizmem” i chce, aby państwo pełniło swoją rolę inteligentniei skutecznie, lecz nie ma zamiaru zniszczyć małego biznesu, tak jak stało się na Kubie. Międzynarodowe firmy zajmujące się ropą prześcigają się w inwestowaniu, nawet po zwiększeniu opłat przez rząd. Wenezuela pozostaje złotą kurą, której nie można ignorować.

Jeśli szukać u Chaveza czegoś w starym stylu, to jest jego umiejętność mówienia o rasach i klasach, tematach niegdyś modnych, a teraz od dawna tabu. A mówi o nich w kontekście biedy. W wielu krajach Ameryki Łacińskiej, szczególnie w krajach andyjskich, ludność indiańska, od dawna ciemiężona, rozpoczęła teraz organizować się i formułować żądania polityczne po raz pierwszy od XVIII wieku, a Chavez jest pierwszym prezentem na kontytnencie, który podjął ich flagę i uczynił swoją.

Przez ostatnie sześć lat rząd poruszał sie w wolnym tempie, napotykając wszędzie przeszkody stawiane przez siły opozycji. Teraz, gdy rewolucja nabiera prędkości, uwaga będzie skupiona na waśniach i sporach w łonie obozu rządowego oraz na wiecznie obecnej kwestii wystąpień publicznych. W obliczu braku silnych instytucji państwowych, upadku starych partii politycznych i przetrwaniu słabej, niekompetentnej i pozbawionej motywacji biurokracji, Chavez zmobilizował wojsko, z którego się wywodzi, aby stało się kręgosłupem jego rewolucyjnych zmian w kraju. Sukces polegający na tym, że uda się zapewnić odpowiednie usługi w biednych miasteczkach, wpłynie na to, czy przetrwa rząd. Jeśli się nie uda, to ludzie wejdą na autostradę i będą wymagać czegoś innego, czegoś jeszcze bardziej radykalnego.

Richard Gott napisał książkę o Hugo Chavezie i rewolucji boliwariańskiej, która zostanie opublikowana w czerwcu przez Verso.

Oryginalny artykuł: Richard Gott – Chávez Leads The Way

Tworzenie stron

Londyn w ogniu

Gilad Atzmon

Komentarz po zamachach w Londynie. Czego się nauczymy z tragedii w Wielkiej Brytanii?

Jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania obrazków z horroru dziejącego się w stolicy Iraku. Dla większości londyńczyków i Brytyjczyków obrazki te są niczym więcej niż tylko odległymi głosami z kraju za granicą. W jakiś dziwny sposób udało nam się zapomnieć, że w zasadzie również nasz rząd jest odpowiedzialny za przedłużający się horror w Iraku.

Dzisiejsze obrazy horroru pochodzą z Londynu. Widać wyraźnie, że Bagdad i Londyn dzielą bardzo podobny los.

Siedzę w pokoju, oglądam BBC 24 i dowiaduję się, że londyńska policja metropolitarna i służby ratownicze działają zgodnie z planem. Jest jasne, że atak tego typu był przewidziany. Rząd, który jest tak zaangażowany w przestępczą działalność kolonialną, powinien przygotować swoich wyborców na rezultaty własnej polityki. Właśnie usłyszałem, jak Tony Blair powiedział do narodu, że “nasza” determinacja by bronić “naszych wartości” życiowych jest większa niż “ich” determinacja w sianiu śmierci i zniszczenia. Zadaję sobie pytania: o jakie wartości mu chodzi? Zapewne o dalsze rabowanie arabskiej ropy jest dużą wartością dla Blaira – ale to nie jest moja wartość. Tony Blair, człowiek, który rozpoczął wojnę bez poparcia ONZ, człowiek z krwią na rękach, chce, żebyśmy wierzyli, że naprawdę martwi się biedą w Afryce i zmianą klimatu.

Czy nam się to podoba, czy nie, musimy przyznać, że terror niesie dla nas przesłanie i lepiej, żebyśmy dokładnie się w nie wsłuchali.

Po pierwsze, mówi nam, że jesteśmy tak samo wrażliwi na atak jak wszyscy inni. Po drugie, mówi nam, że może będziemy musieli dać innym ludziom żyć zgodnie z ich własnymi wartościami i wierzeniami. Po trzecie, mówi nam, że nie powinniśmy już nigdy więcej oddać głosu w wyborach na przestępców.

Ale przede wszystkim mówi nam, że mamy obowiązek moralny. To od nas zależy, czy powstrzymamy nasze rządy. To nasz obowiązek, by powstać i domagać się rezygnacji Blaira, który jest odpowiedzialny za śmierć tak wielu Irakijczyków, a teraz również wielu niewinnych Brytyjczyków. Musimy pamiętać, że głosowanie na niemoralnego polityka czyni z nas aktywnych wspólników jego zbrodni.

Wiemy, że zarówno w Ameryce jak i w Izraelu terror doprowadził w konsekwencji do poparcia opinii publicznej dla skrajnej prawicy. Mam nadzieję, że Brytyjczycy pójdą drogą, którą poszli Hiszpanie. Podżegacze wojenni i agresorzy militarni muszą zostać usunięci z naszej polityki. Tylko wtedy pokój zwycięży.

——————————————————————————–

Oryginalny artykuł: London is Burning, Gilad Atzmon, ZNet
Lublin